To już 10 lat!

kooperatywa grochowska warszawa
Śniadanie na trawie. Kooperatywa Grochowska

Za nami tony pomidorów, truskawek, wywrotki kaszy jaglanej, hektary główek sałaty, piramidy suszonych moreli i orzechów.  Mnóstwo dobrych zdarzeń, spotkań, znajomości. Dużo pracy, uśmiechu, pozytywnej energii. Oczywiście zdarzają się też burze i to z piorunami. Jesteśmy ludźmi, popełniamy błędy, miewamy gorsze chwile ale kooperatywa trwa. Życzymy sobie kolejnych lat wspólnych działań 🙂

Łączy nas idea bezpośredniego dostępu do prawdziwej, niefałszowanej żywności oraz sprawiedliwego wynagrodzenia dla naszych  dostawców.  Mamy szansę działać dzięki odwołaniu się do wartości rzadkiej w naszym życiu społecznym – zaufania.  Wspólnota powstaje nie dzięki łatwym sukcesom ale trudnościom wspólnie pokonanym. Spontaniczne zaangażowanie, współpraca i wspólne szukanie rozwiązań – to nas łączy.

Poniżej wpisy z forum kooperatywy o początkach 🙂 Pisaliśmy o pierwszy odbiorach, pierwszych wydawkach i zorganizowanych akcjach i tym co nas urzekło. Poczytajcie 🙂


 

Edyta

Pierwsze odbiory. To było tak – zamówiłam sałaty z ogródka św. Izydora. Sebastian się spóźnił. Dojechał po zamknięciu Paca i wydawka była prosto z samochodu. Pomagałam w amoku zbierać kasę i wydawać te ogromną rozmaitość wszystkiego, nadciągała czarna chmura, letnia nawałnica. W ogóle nie wiedziałam, że będę to wszystko robić ale sytuacja tego wymagała. I to mnie urzekło. Ten letni wieczór, chrupiące zielone listki, burza, energia którą narodziła się z potrzeby chwili. Nikogo nie znałam. Przyszłam i po prostu zrobiłam co trzeba było w tym momencie zrobić.

Aga

Mój początek to akcja oscypków od Pani Wiktorii… 😉 Przyjechała paczka dzień po odbiorach.. matko jaki stres.. co zrobić z taką paczką serów? Przecież ludzie nie przyjdą znowu „na obiory” dzień po, tylko po sery… Okazało się, że kooperanci tak się zorganizowali – jeden drugiemu odebrał, przyszedł itd., że ostało wszystko odebrane i jeszcze dostałam mega wsparcie, żebym się nie stresowała, że tak bywa, że super itd 🙂 Do końca życia będę to pamiętać.

Agnieszka

Mnie wprowadziła Magda i dzięki niej miałam w miarę miękkie lądowanie i mniej więcej wiedziałam, jak to działa i z czym to się je (Na początku Magda tez dawała mi wskazówki jakie akcje są fajne, co warto zamawiać, potem znalazłam ulubionych dostawców metoda próbowania). Ale choć było to już ponad 2 lata temu, jak dziś pamiętam moja pierwsza wydawkę – Spomlek, która była dużo mniej stresująca dzięki nieocenionej pomocy Kasi Kaja. Na początku działania związane z kooperatywa i ogarnianie tego były dla mnie stresujące, dziś nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez Koo, która stała się ważna częścią mojego życia. I mam fuchę, która mi bardzo odpowiada, bo przeważnie wpadam na odbiory 5-10 minut przed końcem. Sprzątanie PO jest wiec dla mnie idealne. Wydawki tez bardzo lubiłam – choć do dziś nie udało mi się przyporządkować twarzy wszystkich kooperantów do ich imion i nazwisk. Ale się staram 😉 I kocham ten nasz dobry duch i pozytywna energie. Mam poczucie, ze jesteśmy prawdziwa wspólnota. Dziękuje Ci kochana Koo!

Anna

Ja pamiętam jak z pierwszym pacholęciem ważącym xxx kilogramów przychodziłam do Andzi i Kuby na chatę, porzucałam pełzające dziecko na podłogę i jadłam obłędne maliny, gadałam i odbierałam towar.

Olga

U mnie na początek wylądowało 40 kg ryb w domu..-potem było znoszenie do auta z córka, upychanie w bagażniku i wydawanie w amoku. Potem wietrzenie auta z pół roku. Ale najmilej wspominam spokojne wiadomości wprowadzające od Manueli.

Dorota

Pierwszymi odbiorami najbardziej było zachłyśnięte moje dziecko – które potem w przedszkolu głośno się pytało dzieci „kiedy wy chodzicie na odbiory?” i było bardzo zdziwione, że maluchy nie wiedzą o co jej chodzi. Bardzo się jej podobało takie skupisko „cioć” i „wujków” a także nowych przyjaciół do zabawy. A ja? cóż na początku miałam silną awersję do tabelek – szczególnie jak raz zamiast dwóch paczek orzechów zamówiłam 12 i to w dodatku takich, na które dziecko miało uczulenie – mąż miał potem ze mnie ubaw. Cóż pierwsza akcja w koo, którą robiłam… miałam wtedy temperaturę i wydarzenie utworzyłam wpierw na swoim profilu a potem w kooperatywnej grupie pogaduchowej… ale tak naprawdę to co było dla mnie najważniejsze to wielki podziw, że się można do tego stopnia zorganizować i stworzyć coś tak niezwykłego. Pewnie nie tylko dla mnie robienie kooperatywnych zakupów to kwestia drugorzędna.  Najbardziej liczy się to, że jestem w grupie tak życzliwych ludzi, którzy zawsze pomogą, doradzą, pocieszą…I może zabrzmi to dziwnie, bo ja nie chodzę na odbiory tylko mój mąż… większości z Was nie poznałam osobiście, ale i tak czuję, że jesteście mi bliscy. I to ujęło mnie od pierwszego wejrzenia….  I nie tylko mnie – na odbiory bardzo lubi jeździć mój teść i mama. Mój teść ma swoje ulubione grono miłych kooperantek, które mu zawsze pomagają a mama darzy uwielbieniem Andrzeja 🙂 Może to zabrzmi nieskromnie ale wiecie co – koo to miejsce jedyne w swoim rodzaju!

Magda

Ja to swoje początki słabo pamiętam, bo to tak dawno było ;), ale cytrusy od Andzi z mieszkania to of course 😀 Za to mój blisko stuletni teść początkowo, gdy rok temu z nami zamieszkał nie mógł się nadziwić, że nie jeździmy do hipermarketów i w ogóle co to znaczy, że są „odbiory”, ale i on się przekonał i teraz dopytuje, czy to na pewno jest „to społecznościowe jedzenie” 😀 😀

Manuela

Jeszcze całkiem wesoła była pierwsza akcja Rybnej Krainy. Na początku było mało wesoło, bo czekanie, ciemno i zimno, ale chodzi mi o ten moment kiedy stałyśmy pod zamkniętym Paca i częstowałyśmy się wędzonymi szprotkami. Wyobrażacie sobie kilka miastowych kobiet obgryzających na ulicy wędzone szprotki? To jest ten moment. 🙂

Ewa

Mnie przyciągnęła po pierwsze idea – takie działanie było i jest mi zawsze bliskie, atmosfera super, jesteście bardzo kochani wszyscy bez wyjątku, chociaż bardzo różni, ubóstwiam też kupowanie na targu, ale na takim jakie kiedyś były, poza tym mam nadzieję, że kooperatywy będą się rozwijać i wzmocni się w ten sposób ruch ekokonsumencki 🙂

Małgosia

Ja miałam baaaaardzo łagodne wejście, bo przez pierwsze dwa lata byłam w koo tylko wirtualnie dzięki Magda ♥♥♥, która odbierała mi zakupy. Na pierwsze odbiory przyjechałam w wakacje i wydawałam chyba mleczna drogę. Wtedy część z Was poznałam na żywo np Anna, która była z małym Kubą.
Teraz razem z Anna stanowimy włochowską reprezentację w koo i wymieniamy się na odbiorach. I chociaż tyle razy mówiłam sobie, że odpuszczę koo gdy jechałam na odbiory w korkach ponad godzinę, to mi szkoda. Bardzo lubię ten klimat, Was, bezinteresowną pomoc i poczucie wspólnoty.

Magda

Przyznaję, że nie bardzo pamiętam od czego i kiedy dokładnie się zaczęło, ale pamiętam z jak niedowierzaniem przyjęłam niusa, że Ania jest już w tak bardzo zaawansowanej ciąży (czyli – znając Anię, kwadrans później urodziła 😉  ), że nie może już jeździć do Radzynia Podlaskiego po Spomlek. Zatem ja mogłam tę akcję przejąć i najpierw jechać, potem wracać – przez kilka godzin SAMA (jakże to był cudowny prezent od życia dla mamy dwójki małych dzieci!), a potem pakować dla Was sery i masło, u siebie w kuchni, często w towarzystwie Małgosi, a czasem nawet Iwki. Cudowny, cudowny był ten smak wolności – prawie tak cudowny jak świeżego spomlecznego masła i Szafira.
A kilka lat później… poczułam, że najcelniej dostanę się do Tomkowego serca przez żołądek… ale mój żoładek to chyba za mało i wówczas Kooperatywa okazała się największą pomocą <3
I choć Moi Synowie (którzy liczyć i czytać uczyli się na koo zamówieniach) mówili, że nie wypada miec brata z Paca (to kiedy nam Kubuś wszedł do koszyka i zasugerowałam im, że w sumie jest to sposób na trzeciego synka), to Tomka (którego wspaniały chleb wprowadziłam do kooperatywy) przyszyli, jako swojego Tatę, do naszej rodziny z wielką radością.

Ania Zarębska-Urbańska czyli Matka Założycielka 😉

Kochani to co piszecie …. no…. nawet nie wiem jak to ująć bo się rozczuliłam. To, że naprawdę udało nam się stworzyć taką wspólnotę, grupę wsparcia, że te zakupy to nie jest najważniejszą sprawą to jest NIESAMOWITE!

I jeszcze jedne odbiory. Warzywa od Sebastiana u mnie w domu. Sebastian miał „lekki” poślizg i zamiast koło 19 dotarł po 23. I cały ten tłum ludzi czekający w naszej kuchni, pamiętam ,że wtedy z Mateusz Adamczyk znaleźliśmy jakiś wspólnych znajomych i ogólnie było wesoło i imprezowo. Potem wjechały te nie rozważone warzywa, było niezłe zamieszanie z cukiniami, które to średnie, które małe. Skończyliśmy koło 1 w nocy ;)A teraz obiecana historia! Pierwsze duże zbiorowe zamówienie Kooperatywy (choć jeszcze tak się nie nazywała :)),  10 lat temu. 2 palety fantastycznych soków wyciskanych przez prasę z wikliny (czy coś w tym rodzaju). Wszystko w szklanych butelkach wiec mega ciężki, z 15 różnych rodzajów. Jak postanowiłam zorganizować takie zamówienie Kuba stwierdził, że chyba oszalałam i że to się nie uda :). Soki wydawałam z Kasią, której w Koo już nie ma i wtedy jeszcze nie u siebie w domu (Paca jeszcze nie istniało) ale w pofabrycznym budynku na Olszynce Grochowskiej – w byłych zakładach Zorza. Budynek był w stanie lekko zużytym. Siedziałyśmy w kanciapie z widokiem na łazienkę, piętro wyżej była szkoła boksu tajskiego. Jak się okazało łazienka z prysznicami na którą miałyśmy widok była jedyną w tej części budynku. Siedziałyśmy sobie w tej kanciapie, a tu nagle po skończonym treningu …. chyba wszyscy uczestnicy postanowili wziąć prysznic i jak się okazało nie mieli zwyczaju zamykania drzwi za to mieli zwyczaj paradowania w strojach mocno niekompletnych, a właściwie przy ich braku 🙂 Nie da się ukryć, że widoki były 🙂 Więc wiecie wszystko na odbiorach jest możliwe!

Anna

Mnie do Koo zwabiła Agnieszka niczym innym, jak próbką nabiału z Tornado. Pamiętam jak pierwszy raz przyjechałam na odbiory jeszcze nie będąc w Koo, żeby zobaczyć jak to wygląda i odbiorowa atmosfera mnie nieco… zaskoczyła swoim chaosem 😉 To było w czerwcu, prawie 3 lata temu. Byłam wtedy na macierzyńskim, więc wszędzie z małym J na piersi i z pierwszych aktywności to pamiętam jak Edyta przekazywała mi akcję serów, a potem jak pojechałam po zamówienie Little India. Nie dość, że na samym wjeździe na Paca jakaś laska mi zajechała drogę i prawie doprowadziła do stłuczki, a moje gwałtowne hamowanie potłukło chyba całe zamówienie wody różanej, to jeszcze Agnieszka targała te kilogramy ryżu i zgrzewki mleka kokosowego do Jedenastki. A potem to rozważała, z mega długą tabelką na telefonie, sama, bo J nie miał ochoty spać, ale miał ochotę być noszony i karmiony ciągle, więc w ogóle nie mogłam pomóc. Teraz od nowego roku jestem w nowej pracy i na odbiory, na zmianę z Małgosia jeździ mój M dzielnie odbierając to, co akurat uda mi się zamówić… I tak jak Małgosia wielokrotnie myślałam, że jest mi ten Grochów zupełnie nie po drodze, to jakoś tak szkoda mi rezygnować… (red. Anna z Małgosią założyły w końcu Kooperatywę Zachodnią 🙂 )

Kasia

A ja przez jakieś dwa tygodnie od momentu dołączenia mnie do grupy obawiałam się kliknięcia w te wszystkie powiadomienia. Byłam przerażona mnogością wątków. Nigdy wcześniej nie miałam tylu powiadomień. Jak to ogarnąć? No i pierwsze odbiory z wydawką. Przyszłam chyba z godzinę wcześniej. Tak byłam przejęta tą rolą. Już nigdy potem mi się to nie przydarzyło.

Joanna

Mi na początku nigdy nie zdarzało się nie zapłacić w terminie. Entuzjazm początkującej. Potem już bywało różnie 😉 Ale ciii….

Roma

Jej, przeczytałam wszystko! Ależ Wy macie kawał pięknej historii! Dzięki Anna Zarębska-Urbańska i cieszę się, że jestem z Wami i żałuję, że wcześniej się nie zdecydowałam. Bałam się jak dam radę, bo jestem sama z dziećmi, ale na razie daję radę i jeszcze jest bardzo miło. Oczywiście też zamawiam trochę za dużo, bo wszystko takie dobre i wszystkiego chcemy spróbować. Dzieci na szczęście zjadają wszystko a mi dobrze na duszy bo wiem co jedzą i skąd i jak. Mnie ilość powiadomień też nieco przeraża i myślę, że muszę jakiś system sobie wyrobić, żeby nie być bez przerwy w pracy i w domu w tabelkach koo. Przy okazji dziękuję wszystkim miłym osobom, które wsparły mnie w początkach i dodały otuchy Manuela, Aneta, Andrzej. Dobrego dnia <3

Magda

Moja historia jest banalna w porównaniu do Waszych. Nikt mnie specjalnie nie wprowadzał, bo i chyba nie było takiej potrzeby 🙂 Przeczytałam wszystkie podwieszone dokumenty, a ulubionych dostawców i tak wolałam poszukać sama. Odbiory pokazała mi Edyta, która zaczepiłam kiedyś na odbiorach RWS (pewnie już tego nie pamięta nawet 🙂 Zależało mi na pracy zdalnej, wiec od razu na początku wzięłam się za bakalie od Targrocha, który był nowym dostawcą. Jakoś poszło dzięki nieocenionej pomocy Katarzyna, która cierpliwie odpowiadała na wszystkie moje pytania. Bakalie zjechały w środku dnia. Poleciałam po nie dzieckiem w wózku. Okazało się, ze kurier nie da rady ich wwzieźć wózkiem, wiec…przeniosłam wszystko w tempie rakietowym do Jedenastki ‚temi wlasnemi recami’. A potem w 11. pojawiły się mole i wybuchła ogólna molowa panika z głównym podejrzanym w postaci bakalii ;). Na szczęście wszystko się dobrze skończyło i wszyscy żyli długo i szczęśliwie :P. Chociaż do tej pory nie wiadomo skąd się wzięły te mole 🙂

Historie zebrała: Edyta