Szukając smaku w amerykańskim jedzeniu.

Dziwne ogórki od przygodnego sprzedawcy

Relacja naszej korespondentki Ruty Śpiewak z Bloomington w stanie Indiana, USA. Czy da się żyć bez kooperatywnej marchewki…? Znamy odpowiedź ale nie uprzedzajmy faktów 😉

Zrobiło się zimno i buro, wstawiłam wegański rosół z niełatwo! zdobytych warzyw korzeniowych i sam zapach pyrkocącej zupy, działa jak lekarstwo. Na amerykańskim wikcie jesteśmy już 3 miesiące, niestety rozpieszczeni jedzeniem z kooperatywy, bazarku na Wiatracznej i Szembeku nadal przechodzimy terapię szokową.

Mało co nam smakuje, ani w knajpach, ani produkty sklepowe, nawet sporadyczne zakupy na targu, nie zapewniają naprawdę smacznych produktów – pomidory prosto od rolnika (bardzo miłego) w sierpniu bez smaku!!. Wyczyniamy alpejskie kombinacje, by połączyć nasze potrzeby smakowe, przyzwyczajenie do dobrej jakości warzyw, owoców i możliwości naszych stypendialnych kieszeni. Male miasteczko ma bardzo wiele uroku, ale niestety nie jest nim jedzenie.

Nasi w Ameryce
W poszukiwaniu smaku

Zaskakują sklepy –polki pełne gotowców śniadaniowych, obiadowych, deserowych – mrożonych lub w plastikach gotowych do podgrzania w mikrofali. Wiem, ze u nas tez tego nie brakuje, ale tu tych dan jest więcej. Nie widziałam nigdy w Polsce śniadaniowych gotowców, albo nie chciałam widzieć. Zszokował tez zestaw śniadaniowy jaki widziałam raz w szkole – jakieś placuszki w plastikowym opakowaniu z sosem, same wyglądające jak były zrobione ze sztucznego tworzywa, i obok kolejne pudełko bynajmniej nie z biodegradowalnego plastiku z owocem, mleko w kartonie. W ogóle menu lunchowe w szkole przyprawia o ból brzucha. Codziennie mięso, albo mięso. Dla wegetarian opcja jest bardzo skromna, a dla wegan właściwie nie ma nic.

Czyżby normalna dynia?

Wczoraj długo pracowałam, skończyła mi się moja domowa wałówka, moja pierwsza myśl była wyskoczę do sklepu po bułkę z kefirem. Jednak zdałam sobie sprawę że bez samochodu taka opcja jest niewykonalna – w centrum nie ma spożywczaka, a tutejsze bułki i tak są nie smaczne, kefir występuje sporadycznie, zawsze w wielkich butelkach i jest słodzony! Tu zresztą trudno kupić małe opakowanie. Chyba ze są to maliny lub jagody. Te są dostępne w mikroskopijnych plastikowych pudelkach, kosztując jak by każda zawierała w sobie niewielki diament. Zamiast wiec batonu z maszyny, wróciłam do domu.

Wycieczki pod tym względem są trudne – setkami kilometrów nie ma nic poza fast foodami, a ile można jechać na kanapkach z chleba, z naszej maszyny do robienia chleba – nasz piekarnik tu nie radzi sobie z pieczywem zakwasowym, z którym zresztą mam małe doświadczenie bo chleb z Grzybków, nas bardzo zadowalał.

To się mnoży czy dodaje?

Kawa w drodze, jak i naszym miasteczku jest pijalna tylko w jednej sieciówce na literę S. Tutaj też tylko klasyka, małej czekolady nie daliśmy radę wypić całą rodziną – pokonało nas stężeniu cukru. Wszelkie inne kawy, w barach czy na spotkaniach są nie dla mnie. Na szczęście spakowałam małą włoska kawiarkę do walizki.

CDN.

Welcome!