Ekologiczne poczucie winy

Jako matka dorastających osób, która ma sporą wiedzę na temat znaczenia odpowiedniej diety w życiu człowieka i zagrożeń, jakie niesie ze sobą dominujący model rolnictwa dla planety, codziennie zmagam się z poczuciem winy. Każdego ranka mierzę się z tym, co zrobić do jedzenia, ponieważ szkoła moich dzieci nie zapewnia właściwie wegetariańskich posiłków, i ja też muszę coś jeść w pracy, a zdecydowanie nie mam ani funduszy, ani ochoty na kupowanie codziennie jedzenia na mieście. Staram się jakoś planować te posiłki, ale wiecie – życie, zmęczenie…

 

 

W piątek rano, po intensywny tygodniu, otwieram puszkę z kukurydzą (kupioną na wszelki wypadek dawno temu) i przypomina mi się, co złego dla organizmu wiąże się z jedzeniem kukurydzy z puszki, cała dyskusja o GMO. Właściwie powinnam wywalić kukurydzę, ale wiem, że wyrzucanie jedzenia jest złe, a poza tym, co mogę wymyślić o 6.45, kiedy jeszcze do końca się nie obudziłam, a do szkoły trzeba wyjść za pół godziny. Robię szybką sałatkę makaronową, na szczęście z sosem mojej roboty na bazie jogurtu, a nie żadnym tam plastikowym majonezem. Uff. Dzieci w szkole są długo, więc coś jeszcze im trzeba spakować: krakersy – sprawdziłam, są bez oleju palmowego. To dobrze! Właściwie to mam świetny przepis na domowe krakersy, ale… no cóż może na poniedziałek je zrobimy. Innego dnia pakuję kanapkę z guacamole i staje mi przed oczami dyskusja dotycząca nieetycznego pozyskania awokado. Jest to jednak dobre źródło tłuszczu dla dorastających osób. Może równie dobre byłoby siemię lniane, ale nie chcą tego jeść. I tak w porównaniu do wielu swoich koleżanek są otwarte na nowe smaki, chociaż jak każdy mają swoje ograniczenia. Trudno. Daję kontrowersyjny owoc. Nie jest ekologiczny, już nie pamiętam tych tabelek, co trzeba kupować eko, co można odpuścić. Na przejście na w pełni ekologiczną kuchnię mnie nie stać, zresztą nie wszystkie produkty mają ów certyfikat.

Wycinka lasów w prowincji Riau na Sumatrze pod plantacje oleju palmowego.

Codziennie mierzę się z poczuciem winy, że szkodzę orangutanom na Sumatrze, że to, co kupuję, nie zawsze jest lokalne, a równocześnie, że moje dzieci mają za mało owoców w diecie. Potem dochodzę do wniosku, że to już jest wariactwo. Mam ograniczony budżet zarówno czasu jak i pieniędzy. Lubię gotować, to mnie relaksuje, ale nie można robić wszystkiego w domu. A nawet gdyby tak robić, czy to uratuje planetę, czy dzieci będą miały idealnie zbilansowaną dietę, a ja nie padnę z przemęczenia i nie zbankrutuję? Gubię się w tym, co jest złe dla planety, dla kraju, żołądków mojej rodziny, a co nie. Niektóre badania czy artykuły są wzajemnie sprzeczne, w niektórych kwestiach brakuje mi kompetencji, by to obiektywnie ocenić, ale zwyczajnie też nie mam czasu i ochoty, by każdą kwestię rozważać – np. czy nerkowce i jego przetwory są złe z punktu widzenia etyki i fair trade, ale dobre z punktu widzenia planety, bo nie trzeba hodować krów, czy to jakoś się równoważy?

Gdy ja i pewnie tysiące innych mamy takie wątpliwości, czytam deklaracje najbogatszych, że dla planety sadzą róże albo biorą prysznic zamiast kąpieli, choć w tym czasie czerpią gigantyczne zyski z działania zarówno nieetycznego z punktu widzenia środowiska jak i społeczeństwa. Czy osoby takie jak, świadome, ale dysponujące ograniczonymi środkami, mogą sobie w tej sytuacji odpuścić, zrezygnować z małych kroków, które mogą redukować katastrofę klimatyczną? Moja odpowiedź to zdecydowane nie, ale jak w tym wszystkim zachować zdrowy rozsądek?

Autorką jest nasza kooperantka Ruta Śpiewak.